3 grudnia 2016

San Andres

 Ostatnie 5 dni naszego wyjazdu spędzamy pośrodku morza Karaibskiego na wyspie San Andres. Mimo ze bliżej jej do brzegu Nikaragui, należy do Kolumbii i jak sie okazało na miejscu jest częstym miejscem odpoczynku Kolumbijczyków. Spodziewaliśmy sie tu zastać sporo obcokrajowcow, jednak ku naszemu zaskoczeniu ponad 90% turystów do mieszkamy Kolumbii.
 Udało nam sie zarezerwować nocleg przy samej głównej, miejskiej plazy. Od białego piaseczku oddziela nas tylko deptak. Lokalizacja idealna. Przez wszystkie dni pobytu tutaj byczyliamy sie ile można, jednego dnia mieliśmy tour po okolicznych wysepkach połączony z pływaniem z plaszczkami. Kolejnego dni objechaliśmy cała wyspę na pożyczonych skuterach. Zobaczyliśmy praktycznie wszystkie plaże na wyspie oraz posnorklowalismy na rafach.
 Odpoczynek zdecydowanie sie udał i niestety trzeba wracać do Polski. Właśnie pakujemy sie na lotnisko i ruszamy do Bogoty, skąd jutro lecimy do Polski. Koniec wakacji...





29 listopada 2016

Kolorowa Cartagena de Indias








 Siedzimy właśnie na lotnisku i cc
zekamy na samolot na wysepkę San Andres, ostatnie 3 dni spędziliśmy w Cartagenie i zakochaliśmy sie w tym mieście. Jest niesamowite ze swoim klimatem, atmosfera, kolorami, karaibskim rytmem, rozbrzmiewajacymi z każdej strony salsą, kumba. Pełna karaibskich wpływów, zarówno w budownictwie, wyglądzie ludzi jak i nastroju wiecznej zabawy. Byliśmy tutaj 3 dni a właściwie nie ruszyliśmy sie ze starówki, która można było spokojnie przejść z jednego końca na drugi w 40 minut. Mały rejon, ale tak bogaty w różnorodne atrakcje, ze pomimo spędzonych tu 3 dni ciagle czujemy niedosyt.
 Już po samym przyjedzie do Cartageny z Santa Marty ruszyliśmy na miasto, mimo późnej jak na nas pory (chodzimy tutaj spać jak dziadki ok 22, a wstajemy Ok 7- tak nam sie zegar biologiczny poprzestawiał) poszliśmy na spacer na miasto co pozwoliło nam odczuć atmosfera karaibskiej fiesty -tłoczno było niczym na wrocławskim rynku, pełno młodych ludzi i latynoskiej muzyki. Kolejnego dni zwiedzaliśmy starówkę, byliśmy w Muzeum Inkwizycji, przeszliśmy sie po murach obronnych miasta, ale tak naprawdę najwieksza przyjemności sprawiało nam włóczenie po kolorowych uliczkach. Cartagena swoją budowa bardzo przypomina kubańskie miasta typu Hawana czy Trynidad, widać kolonialne wpływy. Wieczorem poszliśmy na koncerty z racji odbywającego sie akurat festiwalu kultury karaibskiej. Kolejnego dnia zwiedziliśmy tutejszy fort, zaliczyliśmy kolumbijskie chrzciny, a Maciek z Agata poszli na warsztaty robienia kawy. Ostatniego dnia udało nam sie zaliczyć rewelacyjny street art tour, swietnie opowiedziany i przedstawiony przez przewodnika przegląd po murawach Cartageny,z których słynie.
 Cartagena póki co jest zdecydowanie naszym numerem jeden w Kolumbii. Miasto wciąga i nie ma sie ochoty go opuszczać. Mimo trzech dni, wiemy ze jest tutaj jeszcze pare miejsc, które warto zobaczyć. Może będzie to powodem do kolejnych odwiedzin...;)
 Za dwie godziny będziemy na środku morza Karaibskiego, a od jutra smażenie. Huragan Otto już sobie polazł, wić jest duża szansa na fajna pogodę.

27 listopada 2016

Palomino

Z Santa Marty przejechaliśmy busem
do oddalonej ok 1,5h nadmorskiej miejscowości Palomino, gdzie mieliśmy sie przez najbliższe 3 dni byczyć. Udało nam sie wczesniej zarezerwować domek na płazy, ok 30m od morza. Pierwszy dzien był strasznie upalny, kolejne niestety trochę gorzej. Jak z zegarkiem w ręku zaczynało codziennie ok godziny 14 sie chmurzyć i dosłownie lac. Drogi stawały sie małymi potokami a z nieba leciały hektolitry wody. Było to związane z przemieszczającym sie nad Kostaryka huraganem Otto. Z racji niewielkiej odległości tez odczuliśmy jego skutki. Udało nam sie jednak odpocząć, najedliśmy sie owoców morza oraz udaliśmy sie na spływ dętkami po okolicznej rzece. Sama kąpiel w morzu momentami była niebezpieczna, nam nic sie nie stało, ale sam ratowałem jednego malutkiego Kolumbijczyka, który nie potrafił dopłynąć do brzegu z powodu silnego nurtu. Za drugim razem już po fakcie widziałem jak ludzie pomagają dwójce innych osób, które dopiero co wyciągnęli z wody.
 Od wczoraj jesteśmy w Cartagena de Indias, która jesteśmy zachwyceni, ale o tym w kolejnym poście.

23 listopada 2016

Park Tayrona

Po przylocie z Medellin do SanSan
ta Marty udaliśmy sie taksówka do małej miejscowości backpackerskiej Taganga. Znajduje sie ona ok 5km od Santa Marty, która podczas przejazdu sprawiała mało pozytywne wrażenie-ulice klepiska, sporo bezdomnych, syf.  Wczesniej znaleźliśmy nocleg w Tagandze na zasadzie: rano, byleby sie przespać i jechać dalej. Nasz pobyt w tej miejscowości wiązał sie tylko i wyłącznie ze zwiedzaniem Parku Tayrona,jednej z najwiekszych atrakcji Kolumbii.
 Następnego dnia z rana ruszyliśmy do oddalonego ok 1h jazdy busem wejścia do Parku. Wczesniej trzeba było wysłuchać oczywistego wykładu o ochronie środowiska i parku, pózniej wydać ok 60zl za wstęp (lokalni 10zl, skąd my to znamy) i ruszyć w dżungle. Sam trekking okazał sie dość męczący, po pierwsze z powodu utrzymującego si początkowo skwaru i ogromnej wilgotności a pózniej z powodu ulewy, która dorwała nas w połowie drogi. Trzeba sie było przedzierać przez dżungle po kolana w błocie, przechodzić przez wąskie wąwozy, wdrapywać sie na skaly. Widoki cześciowo rekompensowały ten survival, ale na pewno przyjemniej oglądałoby sie park w słońcu. Po drodze widzieliśmy 3-4 plaże, by na koniec dotrzeć do Cabo San Juan, wg opisów najładniejszej zatoczki, skąd miala nas zabierać Łódź powrotna do Tagangi. Tutejsze plaże sa mocno charakterystyczne, otoczone wielkim kamieniami, niczym słynne plaże na Seszelach. Tylko w niektórych miejscach można sie kapać, podobno z powodu fal. Jak my przechodziliśmy przez Park wydawało sie ze nie sa one aż tak duże, zeby uniemożliwiać kąpiel. W miejscy docelowym można nocować, ale jest to nocleg albo w namiotach albo na hamakach. Po takiej ulewie raczej ni było to przyjemne doznanie. Spotkaliśmy w parku pare Polaków, która planowała tak zrobić, ale okazało sie ze wszystkie hamaki sa pozajmowane, a namioty pozalewane w środku.
 Z Cabo San Juan wróciliśmy łodzią do Tagangi i wieczorkiem zjedliśmy pyszna kolacyjkę na plazy. Następnego dnia przejazd do Palomino.

20 listopada 2016

Medellin

 Tak jak wspominałem we wcześniejszym poście od 3 dni jesteśmy w Medellin, z krótka jednodniowa przerwa na zwiedzanie Guatape, które opisałem wcześniej.
 Miasto Escobara i Botero jest bardzo malowniczo położne w dolinie, pomiędzy wzgórzami dochodzącymi do wysokości 2600mm. Co tez jest chatakterystyczne, tutejsźe budynki w większości zbudowane sa z czerwonej cegły, co z daleka sprawia wrażenie mocno zaniedbanego miasta, w trakcie budowy, jednak z bliska zyskuje na uroku. Zamieszkuje tutaj ok 2,5 mln ludzi, co czyni je drugim co do wielkości miastem w Kolumbii.
 Zwiedzanie Medellin zaczęliśmy od dzielnicy Poblano, która słynie ze swobodnego, imprezowego charakteru, mieści sie tez tutaj najwiecej hosteli backpackerskich. Nie ma jednak praktycznie w ogóle zabytków. Mieszczą sie one natomiast w dzielnicy Candelaria, czyli centrum historycznym miasta. Można tutaj znaleźć liczne kościoły, Plac Botero z jego wielkimi rzeźbami czy Museo de Antioquia, które przedstawia ok 180 jego prac. Znajdują sie tutaj tez dwa długie deptaki, które śluza Kolumbijczykom głownie do wystawiana straganów z poerdolami niczym na wrocławskim placu Swiebodzkim. Przy okazji zwiedzania t okolicy przez przypadek trafiliśmy tez do dzielnicy Prado, która okazała sie zagłębiem prostytutek i Shemale'i. Wieczór zakończyliśmy znowu na Poblado popijając rum w okolicznych knajpkach.
 Natomiast dzisiaj naszym celem było wjechanie kolejka nad slumsami na pobliskie wzgórze gdzie znajduje sie Parque Arvi. Główna atrakcja miało byc właśnie oglądanie slumsów z góry oraz widok na miasto. Bardzo fajne doświadczenie, pokazujące miasto troszkę z gorszej strony,ma rownocześnie uświadamiające jego ogrom, kiedy to widać jak mocno rozprzestrzenia sie na cała dolinę. Na koniec zwiedzania przejechaliśmy metrem, które jest jedynym w całej Kolumbii i bardzo ułatwia transport, na drugi koniec miasta, zeby zobaczyć grób Pablo Escobara. Jest on dość skromny jak na postać, która jest w nim pochowana.male może wynika to z zasad jakie sa wprowadzone na cmentarzach kolumbijskich. Sa one bardzo podobne do tych amerykańskich, bez nagrobków,ma jedynie z płytami nagrobnymi, leżącymi na ziemi.
  Jutro lecimy dalej do Santa Marty. Maciek z Agata już ok 12, my w trójkę pod wieczór. Możliwe ze jeszcze z rana uda nam sie zrealizować jeden fajny plan. Ale o tym pózniej.







19 listopada 2016

Guatape

Od środy jesteśmy w Meddelin -mieście Pablo Escobara. Ale dzisiejszy wpis nie będzie o tej drugiej co do wielkości metropolii Kolumbii, ale o małej miejscowość ok 2h dróg oś miasta - Guatape. W kolejnym wpisie opisze Medellin, bo jeszcze jutro będziemy je zwiedzać, dlatego pełny opis zamieszczę w jednym poście.
 Odwiedzić GuataPe planowaliśmy już od samego początku wyjazdu i nie zawiedliśmy sie. Okolica słynie z wielkiej skaly, przez niektórych uważanej za meteoryt , a przez niektórych za skale polodowcowa. Góruje ona nad cała okolica, która jest obsypana wieloma jeziorkami. Na sam szczyt góry prowadzi ok 700 schodów, nie lada wyczyn wdrapać aie na gore. Ale wysiłek jest wart widoków, które czekają na szczycie. Oprócz widoczków mogliśmy raczyć sie tez piwkiem z limonka i mango:) nie będę opisywał tego co czekało na nas ze, lepiej zobaczyć zdjęcia.
 Po wielkiej skale czekało na samo miasteczko Guatape, przez wielu mieszkańców Medellin uważane za świetne miejsce wypadowe na weekendy, na szczęście byliśmy tam w piątek , wiec ominęły nas tłumy. Mieścina jest bardzo kolorowa, utrzymana w stylu Los Zocalos - rodzaju regionalnej sztuki, który pojawił sie w tym rejonie ok 1920 roku i charakteryzuje sie bardzo kolorowym przyozdabianiem frontów budynków, z licznymi motywami historyczno, religijno zwierzęcymi. Miejsce bardzo klimatyczne i wychilowane. Fajnie tutaj odpoczelismy od zgiełku Medellin.
Pózniej czekał na długi powrót z przygodami jak na chińskim dworcu-tak wielkiej ilości osób czekających na metro jeszcze nie widzieliśmy...
 Jutro dalsze zwiedzanie Medellin, a w niedziele lot do Santa Marty.

15 listopada 2016

Salento i Valle de Cocora

 Z Bogoty przelecieliśmy tutejszymi liniami lotniczymi VivaColombia do Pereiry,jednego z najwiekszych miast strojny zwanego Zona Cafetera a znanego właśnie z uprawy najlepszej na świecie kawy. Nie wiemy czy to styl kolumbijski, ale lot był opóźniony ok 50min, pózniej kolejne kilkadziesiąt minut staliśmy na pasie startowym w kolejce do startu. Sam lot trwał ok 50min. Z Pereiry wzięliśmy busa do Salento. Małej miejscowości górskiej, w której planowaliśmy sie zatrzymać i ma ona byc nasza baza wypadowa na okoliczne atrakcje. W deszczu udało nam sie dotrzeć do zarezerwowanego wczesniej hostelu i wieczorkiem, kiedy przestało padać, poszliśmy zjeść na ryneczek do okolicznych foodtruckow tutejszy specjał-pstrągi. Okazało sie, ze Kolumbijczycy akurat maja długi weekend,zjechało ich dość sporo do miejscowości i z tej okazji pootwieraly sie liczne stragany i budki z jedzeniem.
 Następnego dnia mieliśmy plan jechać do Valle do Cocora. Już nam sie wydart


awało ze z racja padającego od nocy deszczu plany trzeba będzie zweryfikować, jednak ok 10 sie przejaśniło i wyszło słoneczko, zatem szybko pojechaliśmy do doliny bardzo popularnym tutaj transportem -jeepami Willys.
 Dolina okazała sie rewelacyjna. Słynie ona z wielkich palm woskowych, które dochodzą  do wysokości 60m, majestatycznie wznosząc sie pośród zielonych wzgórz Parku Narodoego Los Nevados. Pierwszy etap trasy pokonaliśmy na koniach, co okazało sie nie lada wyzwanie, bo było praktycznie jak wjechanie na koniach na Rysy. Często po pionowych trasach, trawersach i po kolana konia w błocie. Było dużo emocji, a momentami strachu, ale udało nam sie dojechać do końca, gdzie czekało na nas schronisko z dziesiątkami koliberkow. Rewelacyjna sprawa. Wypad zakończyliśmy 2h trekkingiem przez dolinę pełna palm.
 Wieczór zakończyliśmy przepysznymi pstrągami z targu i mojito w klubi Mojiteria.
 Salento tak nam sie spodobało, ze postanowiliśmy przedłużyć tutaj pobyt o dwa dni i zamiast latać z plecakami po okolicznych miejscowościach, robić jednodniowe wypady do pozostałych atrakcji.
 Dzisiaj ruszamy na uprawy kawy tzw Finci.

13 listopada 2016

Bogota

 Kolumbia przywitała nas kiepska pogoda. Sam wieczor po przyjeździe był jeszcze znośny, ale ograniczył sie jedynie do krótkiego spaceru po okolicy w celu zakupienia wody. Padnięci po podróży szybko poszliśmy spać.
 Od rana lało,wiec grzecznie czekaliśmy w hotelu aż dotrze do nas Ewa i dolecą Maciek z Agata. W tym czasie powoli ustalaliśmy kolejne dni wyjazdu i rezerwowalismy nocleg w Salento. Jak już wszyscy sie zjechali ruszyliśmy na zwiedzanie miasta za przewodnika mając Ewę, która już od 3 dni szwedala sie po okolicznych miejscach. Powoli przestawało padać,wiec mogliśmy zobaczyć główny deptak w Bogocie, Muzeum Złota i Muzeum Botero. Ponadto odeszliśmy starówkę miasta, z charakterystyczna kolonialna zabudowa-Candelaria. A tortur zakończyliśmy na Płaza de Bolivar.
 Dzien zakończyliśmy na koncercie w knajpie, która wczesniej już poznała Ewa. Następnego dnia z samego rana mieliśmy umówiony transport do miejsca zwanego Laguna de Guatavita, miejsca z którym wiąże tutejsza legenda o El Dorado. Okoliczne plemiona wrzucały do obecnej tu laguny złoto w ofierze Bogom, Hiszpanie, którzy sie o tym dowiedzieli zburzyli jedna ze ścian laguny By wyposcic z niej wodę celem oblowienia sie w tutejsze dobra. Miejsce jest oddalone od Bogoty ok 70km, wiec musieliśmy poprosić znajomych Ewy, mieszkających w Bogocie o pomoc w organizacji transportu. Żaden transport publiczny nie dojeżdża do tej atrakcji. Miejsce ciekawe, ale po raz kolejny przekonałem sie ze zorganizowane toury to nie mój klimat. Po powrocie mieliśmy jeszcze plan wejść/wjechać na Montserrate, ale jak to w Bogocie bywa znów zaskoczyła nas pogoda. Sami mieszkańcy mówią, ze jest ona bardzo nieprzewidywalna i sami, mimo mieszkania tutaj na stałe, nie sa w stanie przewidzieć jak będzie wyglądał dzien. Ostatecznie zrobiliśmy jeszcze krotki spacer po mieście i pojechaliśmy na kolacje ze Znajomymi Ewa, którzy po niej zabrali nas na piwko w tutejsze zagłębie imprezowe. Totalnie inna dzielnica Bogoty, bez biedy, bezdomnych i srajacych na ulicach ludzi. Wszystko na wysokim poziomie, europejski klimat. Bardzo fajny czas.
 Dzisiaj ślamazarnie zbieramy sie na lotnisko. O 12.30 mamy lot do Pereirry i będziemy zwiedzać Zona Cafetera.