29 czerwca 2012

Halong Bay


                           skalki

                              moja kajutka - bylo znosnie;)

    Ostatnie dwa dni w Wietnamie, juz z Cyprianem i Marta,  spedzilem na Ha Long Bay plywajac przez ten czas po zatoce. Byl to wyjazd zorganizowany przez biuro turystyczne, gdyz zwiedzanie zatoki na wlasna reke jest bardzo trudne. Nie ma bowiem mozliwosci wynajecia malej lodzi dla mniejszej liczby osob - zdanym sie jest na zorganizowane wyjazdy, ktore  tez swoje kosztuja. No ale coz - byz  w Wietname i nie zobaczyc Ha Long Bay to jak byc w Watkanie i nie zobaczyc papieza. Zatoka bedaca na liscie UNESCO, uznawana jest za jeden znowych cudow swiata, wiec musielismy tam dotrzec. Caly rejs wspominac jednak bedziemy bardzo pozytywnie. Po pierwsze dlatego, ze udalo mi sie wybrac naprawde solidne biuro organizujace wyjazd, co nie bylo dosc latwe, gdyz w Hanoi, gdzie dokonywalem zakupu, owych biur bylo pelno, z czego polowa pod tak sam nazwa, podszywajaca sie pod slynne z jakos Sinh Cafe Tourist Office. Na roznych forach i w przewodnikach ostrzeganop, przed przepelnionymi lodziami, obskurnymi warunkami czy wieziennymi porcjami zywieniowymi. Nas zadna z tych przykrych rzeczy nie spotkala-mielismy bardzo fajna lodz, z pomocna zaloga, malo ludzi na statku, dobre jedzenie i przyjemne kajuty:) Jedyne co nas wymeczylo to pogoda - pochmurna piewrwszego dnia, zprzelotnym deszczem, ale z drugiej strony temperatura siegajaca 37 stopni i wilgotnoscia bliska 100%. Po prostu sie z nas lalo, dlatego z uteksnieniem czekalismy wieczora - kiedy mia;a byc kapiel w morzu:)  Duga z przyczyn byla sama zatoka, ktora naprawde jest przepiekna i malownicza. Mnie sie najbardziej podobala pod wieczor, kiedy zachodzilo slonce, wokol panowala przyjemna cisza, powietrze zrobilo sie chlodniejsze, a nasz statek powoli przemiszczal sie pomiedzy zatopiopnymi w morzu Chinskim skalami w kierunku mijesca zarzucenia kotwicy na nocny spoczynek - po prostu bajka!!  Bardzo fajne bylo tez skakanie do wody z najwyzszego pietra statku (ok 10m) do morza i kapiel po calym dniu w niemilosiernym upale! Drugi dzien na lodzi rozpoczalem od porannej kapieli w morzu i pozniejszego sniadani na lodzi - nastepnie jeszcze przez 2 godziny krazylismy po zatoce podziwiajac widoki i ostatecznie skierowalismy sie do portu, gdzie zjedlismy lunch i wsiedlismy do autobusu powrotnego do Hanoi.
  Tam na miejscu mielismy tylko 30 minut zeby zrobic jakiekolwiek zakupy, gdzys juz o 18 odjezdzal nasz autobus do Laosu, a konkretniej do Luang Prabang. 28 godzinna podroz miala sie skonczyc dopiero pod wieczor nastepnego dnia. Pisze tego posta co oznacza, ze przezylem (chyba ze ktos sie pode mnie podszywa;)), ale momentami bylo ciezko. Noc jeszcze udalo mi sie przespac, bo dosc szybko zajalem jedno z miejsc, gdzie mozna bylo sie rozlozyc i przestrzeni bylo wiecej niz przy pozostalych siedzeniach, jednak dlugosc jazdy i ilosc zakretow w samym Laosie, ktory praktycznie w 100% jest gorzystym panstwem dala sie porzadnie we znaki.
  Co od razu rzucilo sie w oczy po przyjezdzie do nowego kraju - wieksza bieda, wiekszy spokoj, duzo zieleni, pelno mnichow i leniwa atmosfera - czyli ogolnie nam sie podoba:) Dzisiaj zwiedzilismy miasto, jutro w planach wodospady a pojutrze chcemy jechac do osrodka opiekujacego sie sloniami, gdzie przez caly dzien kazde z nas bedzie mylo, karmilo i "wyprowadzalo na spacer" swojego slonia - juz sie nie moge doczekac!!

25 czerwca 2012

Sapa cd i targ w Bac Ha

    W Wietnamie za wypas bydla odpowieadaja dzieci, czesto 3-4 letnie - jak widac mozna przy tym tez ujezdzac bawolu;)
                tubylcy potrafia idealnie kadrowac zdjecia;)

                      kobiety z ludu czerwoncyh H'mongow - znowu dziergaja!!
                          Flower Hmong's


      nie mam pojecia czy oni to jedza, ale nie zdziwilbym sie...;)

    Ostatnie dwa dni spedzilem w gorach przed powrotem do Hanoi, gdzie dzis przylatuja Cyprian z Marta i mamy nasza podroz kontynouwac juz wspolnie. Mysle ze dotra padnieci, bo ich podroz z Polski trawc bedzie prawie 1,5 dnia, ale mysle ze zbiora jeszcze sily na wieczorny spacerek po starowce miasta:)
  A wracajac do ostatnich dni - w sobote zrobilem jeszcze jeden trekking po okolicy Sapy, tym razem do miejscowosci Tha Pinh zamieszkalej przez czerwoncyh H'mongow, ktorych stroj rozni sie juz znacznie od stroju czarnych H'mongow. Ci pierwsi moga uzywac znacznie wiekszej ilosci kolorwo do przyozdobiania swopich ubran, kobiety natomiast nosza na glowie czerwone chusty. Ich dialekt jest tez inny niz czarnych H'mongow. ja nauczylem sie dwoch slow - "O ciau" znaczy dziekuje, a Konioo Hay - Dzien dobry:) Standardowo na samym poczatku trasy czatowaly na turystow kobiety z plemienia z oferta sprzedazy recznie robionych serwetek, chust i toreb - po mim stanowczym "NO, THANK YOU!! proponowaly zaprowadzenie do wioski - wiec w sumie nauczony doswiadczeniami dnia wczesniejszego zastosowalem sprawdzony patent - czyli zalatwilem sobie przewodnika za free. Tzn babka przeszla ze mna cala 4h trase z nadzieje ze na koniec cos jednak od niej kupie - jednak ja na poczatku zaznaczylem, ze moze ze mna isc, ale ja nie bede u niej robila "shoppingu" - jak to nazywaly;) Pokazala mi na koniec swoje rzeczy, ale naprawde srednio mi sie podobalo, wiec nic nie kupilem. NIe za bardzo rozumiem ta strategie businessowa... chyba jednak wiekszosc ludzi musi cos od nich kupowac "z litosci" skoro tak laza po tyhc gorach za turystami...  A sama trasa na pewno byla latwiejsza niz piatkowa- nie trzeba bylo sie wspinac po tarasach ryzowych czy przedzierac przez las bambusowy, ale widoki tez byly rewelacyjne. Cala okolica Sapy jest dla mnie bajeczna, a pola ryzowe chyba jedna z najlepszych jakie widzialem ( no moze bardziej widowiskowe byly tez na Filipinach). Trasa konczyla sie jaskinia, ktora jednak nie byla jakas strasznie imponujaca - po prostu dobre miejsce na chwile ochlody w zimnjeszym powietrzu;)
  W niedziele natomiast zebralem sie rano z hostelu i pojechalem na tradycyjny, cotygodniowy targ do miejscowosc Bac Ha, oddalonej od Sapy ok 100km, gdzie regularnie schodza sie z okolicznych wiosek p;emiona Flower H'mongow ( to juz trzecia mniejszosc, ktora tu widzialem). Ich stroje sa strasznie pstrokate, bardzo kolorwoe i pozwalaja na pelno dowolnosc w wyborze barw. targ byl fajny, poniewaz zachowany w klimacie malo turystycznego miejsca -  co prawda bialych troche sie zjechalo ,ale przy wielkosci targiowiska i ilosci ludzi z plemion, totalnie przepadali oni gdzies w tlumie. A sam market podzielony byl na dzialy : ze sprzedaza zwierzat hodowlanych, miesa, ryb, tytoniu, warzyw, tradycyjnych strojow itd. Byla tez sekcja gastronomiczna. Ogolnie przyjemne miejsce, w ktorym mozna poogladac tubylcow w ich czynnosciach codziennych, nie przejmujacych sie w ogole tym, ze ktos z boku im sie przyglada lub strzela fotke.
  Z Bac Ha przejechalem do Lao Cai, skad mialem 3 godziny pozniej nocny autobus do Hanoi. Wolny czas wykorzystalem na spacer po miescie w okolicy granicy wietnamsko-chinskiej. Bo wlasnie tutaj mozna przedostac sie do Chin do miejscowasci Yunnan, ktora znajduje sie tuz za "Czerwona rzeka" przeplywajaca przez miasto. Chiny byly na wyciagniecie reki, ale to melodia przyszlosci:)
  Dzis troche poszwedam sie po miescie, czekajac na przyjazd wyzej wumienionej dwojki, a juz jutro ruszamy zobaczyc najslynniejsza atrakcje Wietnamu - zatoke Ha Long Bay!:)

PS - po zatoce mamy 24h przejazd autobusem do Laosu - wiec kolejny wpis pewnie za pare dni. trzeba bedzie pozegnac Wietnam - mysle, ze pozniej podsumuje pobyt tutaj w jednym z postow.

22 czerwca 2012

Sapa - H'mong Attack!

                                   znowu KOKO, tym razem w wersji "Papuga";)
                   rice terraces
                      one wiecznie cos dziergaja;)
                        rattan bridge

                     tradycyjny stroj Hmongow ( moze bez kaloszy;))

                              zielono...
                        moja pani kucharka kreci dla mnie sajgonki;)

   Wczoraj po mnocnej podrozy z Hanoi dotarlem nad ranem do Sapy, mojej bazy wypadowej w najwyzszych gorach Wietnamu, z ktorej zamierzam eksplorowac okolice. A slynna ona jest z tego, ze zamieszkuja ja mniejszosci ludowe Hmongow i Dot'ow, ktore do tej pory zachowaly swoje stare rytualy jak chocby chodzenie w tradycyjnych, czarnych strojach przyzdobionych jedynie delikatnymi kolorowymi elementami. Jadac tu wydawalo mi sie, ze trzeba bedzie pojsc poza miasto do wiosek, zeby ich zobaczyc, ale okazalo sie ze najezdzaja Sape i juz przy wysiadaniu z autobusu zostalem ubrane na czarno kobiety zagadany, zeby kupic od nich jakis wisiorek czy inna sakwe...:) Jak sie pozniej okazalo coraz wiecej kobiet z ludu Hmongow dorabia sobie w miescie sprzedaza rekodziela, udzielaja sie w tym rowniez male dziewczynki, nie chodzac przez to do szkoly. Rzad Sapy zaczal z tymi praktykami walczyc, ale i tak sa ich spore ilosci z ulicach. I co jest ciekawe -  wszystkie swietnie gadaja po angielsku! Jak sie okazalo w czasie rozmowy z jedna z nich - lepiej moiwa po angielsku, ktorego sie nauczyly od turystow, niz po wietnamsku - nie jest to ich codziennie uzywany jezyk, bo mowia w dialekcie:) Ogolnie jest z nimi smiesznie - bo wszystkei sprzedaja to samo, ja tego wcale nie chce kupicd, a i tak zawsze jakas gadka i polewka z nimi wychodzi, bo maja super poczucie humoru. Na ulicy nie jest nudno:D
  No ale wracajac do wczoraj - po przyjezdzie hostel sam mnie znalazl -  za 6 dol pokoj 3 osobowy, zdzierstwo;) Jako, ze jednak spanie w sleeper busie nie jest tym samym co w normalnymk lozku - standardwowo musialem przynajmniej 3 h odespac. Po poludniu natomiast zrobilem krotki 3 godzinny spacer do znajdujacej sie najblizej Sapy wioski -  Cat Cat. W wiosce znajduje sie wodospad, przy ktorym co godzine odbywaja sie pokazy tradycyjnego tanca, pelno tez jest domow rzemiosla. ogolnie byl to taki krotki klimat, by sie wczuc w klimat miejsca. Pozniej bylo jeszcze obejscie miejscowosci, ktora nie jest zbyt wielka, wiec szybko poszlo. Chcialem jeszce zrobic zakupy sprzetu trekkingowego, bo nie usmiaechalo mi sie pomykanie w moich najeczkach po tutjeszych gorach - buty trekingowe mozna bylo kupic nawet za 35 dol 9 (po targowaniu), ale oczywiscie nie bylo mojego rozmiaru w calej miejscowosci (sic!) -  standard:/ zostalo mi wiec kupienie wind-stopera - poczatkowo rzucili cene 35 dolarow za jeden, ale po co od 3 lat praktykuje taargowanie w Azji - ostatecznie zaplacilem... 35 dol... ale za dwa;) hehe mam zatem dwa wind=stopery North Face za 17,5 dol kazdy:D  Na koniec dnia jedzonko na tutejszym targu u pani, ktora porcje daje chyba proporcjonalnie do wzrostu - moje sa PRZEOGROMNE!! jadlem dziczyzne z jelenia :D dochodze do wnisoku, ze chyba bardzo soebie tutaj dogadzam, jesli chodzi o jedzenie;)
   A dzisiaj ruszylem w trase o 8, majac w planie odwiedzenie 4 wiosek Hmongow, ktore sa zlokalizowane wzdluz doliny, ktorej dnem biegnie sporych rozmiarow rzeka. Oznaczenia na trasach tutaj niestesty nie ma, wiec czasem bylo to bladzenie we mgle, ale na szczescie dwa razy zostalem poprowadzony ( dosc spory) kawalek przez tubylcow, wiec spokojnie dotarlem w zaplanowane miejsce. A sama trasa bardzo fajna - albo prowadzila przez tarasy ryzowe albo przez las bambusowy lub wzgorza, z ktorych roztaczal sie niesamowity widok na pola i tarasy z uprawa ryzu. Przejscie trasy zajelo mi 7 godzin, wrocilem do wioski wyczerpany, wiec reszta dnia to byl totalny chillout:)
  A plan na jutro dopiero sie klaruje - sa dwie opcja, musze sie jeszcze zastanowic, ktora wybrac...

21 czerwca 2012

Wietnamskie zarcie:)

                                                           zupa slimakowa
                                  smazony ryz z krewetkami i warzywami
    kalmary nadziewane wieprzowina w sosie chili z ryzem i warzywami
           slodka kwasna zupa krewetkowa
              smazone kalmary w sosie z mleka kokosowego z ryzem i warzywami ( i ulubione Saigon Beer;))
                    krerwetki w miodzie i sezamie z warzywami i ryzem plus sok mango/papaja
                  pho - narodowa zupa wietnamczykow - cos jak nasz rosol z makaronem ryzowym, ich warzywami, jajkiem, czasem z wieprzowina (wtedy pho ba)
            kalmary w panierce z ryzem i smazonymi warzywami
                         Cao lau - przysmak z Hoi An - pseudo zupa z kurczakiem, vermicelli noodles, warzywami i zapiekana skora swini
           krewetki w sosie czosnkowym z warzywami i ryzem
  samzony tunczyk na lisciu palmowym z warzywami i ryzem

19 czerwca 2012

Hanoi - w stolycy!

                                            slynna kafejka
                                 fundosze sie koncza, trzeba dorobic - ananasy to intratny business;)

                                          Hoa Lu wiezienie
                            moze chicken'a?
                                       panta rei!
 

   Okazuje sie, ze w Wietnamie nawet najwieksze, kilkumilionowe miasta potrafia byc bardzo klimatyczne. Chyba dochodze do wniosku, ze wszystko co jest choc troche kolonialne mi pasuje. Tak samo bylo z Hoi An, podobnie jest w Hanoi. Cala centralna czesc miasta i okolice polozonego w niej jeziora sa utrzymane w takim wlasnie klimacie, jako sposcizna po urzedujacych tutaj Francuzach (oui!!)
  Wczorajszy dzien po przejezdzie z Ninh Binh nalezal do raczej leniwych - ostatecznie w hostelu ulokowalem sie okolo 14, wiec mialem pare godzin do zmierzchu, zeby poszwedac sie po miescie. Hanoi najprzytjemniej poznaje sie, pozwalajac sie sobie po prostu zgubic. Cala Old Quater jest naprawde ciezka do ogarniecia jesli chodzi o lokalizacje ulic, wiec po paru bledach stwierdzilem, ze ide gdzie mnie nogi poniosa, po prostu co jakis czas bede sprawdzal, gdzie mniej wiecej jestem, zeby tez za bardzo nie oddalic sie od hostelu. Decyzja okazala sie trafna, bo super mozna bylo poczuc klimat miasta, nie zawracaja sobie glowy mapami itd, a przy okazji przypadkiem trafic w fajne miejsca. Jak na prtzyklad kafejka,w ktorej przesiadywala i jadala sniadania Catherine Deneuve w czasie krecenia filmu "Indochina". Przed przyjazdem do stolicy, przeczytalem w przewodniku rozdzial o miescie, byl tam tez pdopunkt o slynnej w calym Wietnamie "hanojskiej" kawie, byla miedzy innymi przytoczona ta kawiarnia, ale wcale nie zamierzalem tam trafic. Po prostu mial to byc chwilowy przystanek na orzezwienie,ale jak zobaczylem wielki plakat z filmu na scianie i zdjecie z podpisem aktorki cos mnie ruszylo, zeby sprawdzic nazew w przewodniku:) a kawa byla na prawde w porzadku:)
  Dzisiaj juz za to bylo konkretniejsze zwiedzanie. Do mauzoleum Ho Chi Minha co prawda nie doszedlem, bo jest otwarte tylko do 11, czego wczesniej nie sprawdzilem; moze jutro...  Za to obszedlem dokladnie Old Quater, French Distrikt, bylem w wieznieniu Hao Lu, w ktorym Francuzi przetrzymywali wszystkich rewolucjonistow, w tym wiele kobiet. Byloto najwieksze w tamtych czasach wiezienie w Indochinach. Zwiedzilem tez Swiatynie Literatury, ale chyba z racji na ilosc widzianych przeze mnie juz buddyjskich swiatyn i tlumy turystow (glownie japonczykow, cholernie irytujacych) jakos nie wywarla na mnie wiekszeg wrazenia. Na koniec bylem w Museum of fine arts, ktore wuazam, ze na azjatyckie warunki naprawde robi wrazenie. Liczba eksponatow jest spora i zawiera miedzy innymi datowane na 7tys przed nasza era narzedzia z epoki brazu. Po takim spacerze (ok. 15 km) nogi wlazily mi do d$#@, wiec wrocilem do hostelu wziac prysznic i troche odsapnac przed wieczornym wyjsciem na kolacje i internetowanie. I akurat na zlosc pod wieczor rozszalala sie monsunowa ulewa, na ulicahc wody po kolana, wiec za daleko nie zaszedlem. Zjadlem  w najblizszej ulicznej knajpie i caly mokry wrocilem do hostelu.
   Ostatnie dwa dni byly tez torche organizacyjne. Musialem pohcodzi po roznych kompaniach i potargowac ceny wyjazdu do Ha Long Bay i przejazd do Laosu, tak zeby na przyjazd Cypriana i Marty mnie wiecej wszystko bylo gotowe-jakos udalo sie to ogarnac, wiec spokojnie moga przylatywac. A ja jutro ruszam w gory do Sapy(znowu nocny sleeper bus), pochodzic troche po gorkach i zobaczyc ludnosc H'mongow.

18 czerwca 2012

Ninh Binh - Tam Coc

                                             wioslowanie nogami i ... widoki;)
                    zawsze mozna na smsa odpisac;)
        dostalem nawet kapelusz;)

            slabo wyszlo...

umordowany, spocony jak swinia ale szczesliwy - widoki byly tego warte!
               ja, moja biala strzala i wietnamski offroad;)

Ostatni dzien spedzilem w Ninh Binh - miescie polozonym ok. 100 km od Hanoi, ktore mialo byc moja baza wypadowa do zwiedzania okolicy. Samno miasto mialo zero uroku, wiec nie siedzialem tam zbyt dlugo - jestem juz w Hanoi. Zostalem jeden dzien, bo tyle starczylo na wynajecie skutera i objechanie caelje okolicy, ktora okazala sie nieziemska. Najpopularnijeszym miejscem w poblizu Ninh Binh jest Tam Coc - rzeka ktora urzadza sie splywy pomiedzy wystajacymi z ziemii pionowo w w gore, strzelistymi skalami. Okolica ta nazywana jest nawet zatoka Ha Long posrod pol ryzowych -i chyba rzeczywiscie troche tak wyglada! MI udalo sie zorganizowac sobie splyw rzeka za troche mniejsze pieniadze, gdyz zostale doslownie "przechwycony" przez jadaca na motorze dziewczyne, ktora zaoferowala mi splyw lodzia za polowe normalnej ceny, do tego bez placenia obligatoryjnego biletu wstepu. Zaprowadzila mnie po prostu w miejsce, gdzie dokuja swoje lodzie okoliczni rybacy i stamtad, swoja rodzinna lodzia, zabrala mnie na przejazdzke;) Trwala ona okolo dwoch godzin,  prowadzila pomiedzy  gorami i polami ryzowymi, po drodze przeplywalo sie tez przez 3 jaskinie, najdluzsza miala nawet 180 metrow. Bardzo klimatyczne miejsce, jedno z najfajnieszych jak do tej pory w Wietnamie. Dziewczyna, zeby troche odciazyc rece wioslowala tez nogami, co bylo dosc smiesznym widokiem, ale jak sie potem okazalo byl to sprawdzony patent wsrod wszystkich tutejszych "rybakow";) ja tez probowalem wioslowac, ale raczej ze srednim skutkiem.
   Kolejnym miejscem ktore odwiedzilem byla Mua Cave, ale w sumie na miejscu wieksza atrakcja okazalo sie wejscie na pobliskie wzgorze, skad roztaczal sie rewelacyjny widok na rzeke i skaly. To co przed chiwla mialem na dole, moglem teraz zaobserwowac z gory. A samo wejscie bylo masakryczne, bo trzeba bylo pokonac 450 schodow przy temperaturze 36 stopni i wilgotnosci ok 90%. Na koniec zlego na samej gorze skonczyla mi sie woda:p Standard;)
  Kolejne miejsce ktore odwiedzilem to stara stolica Iwtenamu z X wieku ( tutaj stolica chyba sie milion razy zmieniala;)) ale niewiele z niej pozostalo, w sumie tylko dwa budyneczki, wiec nie ma czego opisywac.
  A sama w sobie przyjemnoscia okazalo sie jezdzenie na skuterku po okolicy, ostatnie 3 godziny po prostu jezdzilem przed siebie, nie patrzac na mape. Genialna sprawa, bo dojezdzalem w takie miejsca, gdzie bialego to chyba raz na 5 lat widza. Reakcje ludzi niekiedy byly komiczne, a dla mnie bardzo ciekawe bylo oibserwowanie takiego normalnego zycia Wietnamczykow , bo akurat trafilem na  zniwa i praktycznie wszystkie drogi byly zasypane suszacym sie ryzem i jeczmieniem:) aha - a tak w ogole jakbym nawet chcial te rolnicze krajobrazy zwiedzac z mapa albo pytajac sie kogokolwiek, to i tak nie daloby rady, bo mapy maja tutaj tragiczne, a sami wietnamczycy, nawet Ci miastowi, zazwyczaj tragicznie mowia po angielsku ( a ja za cholere nie jestem w stanie sia nauczyc nawet paru zdan w ich jezyku, totalnie inna fonacja:/)
  Z  racji na to, ze niewiele w samym miescie Nim Binh moglem zobaczyc, dzisaj z rana ruszylem do stolyycy, ktora jak do tej pory wywiera naprawde pozytywne wrazenie. Jutro bedzie konkretniejsze zwiedzanie.

17 czerwca 2012

Hue

                                      cytadela

                                    w srodku cytadeli - zakazane miasto (btw - okazalo sie ze za renowacje cytdaeli odpowiadali Polacy i architekt Kazimierz Kwiatkowski)

                                      grobowce
perfume river



    Poprzednie dwa dni spedzilem w Hue, miescie oddalonym od Hoi An o 140 km, bylej stolicy Wietnamu ( lata 1800-1950). Miasto slynne jest z tego ze znajdue sie tutaj wielka cytadela ( swoim rozmiarem naprawde poraza), ktora niestety byla w czasie wojny  w XX wieku bardzo zniszczona. Wlasciwie nie jest to jedna cytadela lae 3 w jednej. Ta najwieksza jest w ksztalcie kwadratu, ktorego kazdy bok ma po 10 km, wiec mozecie sobie wyobrazic jej wielkosc. W samym srodku zachowalo sie wlasciwie tylko 5 budynkow, pozostale Wietnamczycy probuja odrestaurowac. Zwiedzanie zajmuje mniej wiecej 3-4h, a chodzenaia jest sporo. Na poczatku mozna obejrzec bardzo fajny film, ktory ukazuje wizualizacje zabytku, w postaci w jakiej byl przed atakami bombowymi. W srodku mozna tez sie przejachac na sloniu czy osiolku;) Sporo ludzi odwiedza to miejsce, lecz z racji na rozmiar nie mozna tego odczuc, co jest akurat sporym plusem. Oprozc cytadeli w Hue nie ma wiele wiecej do zobaczenia, dlatego to bylo wszystko co zwiedzielm pierwszego dnia.
  Drugiego natomiast pomimo siapiacego deszczu, wynajalem skuter i objechalem okolice mijescowosci, w kotrej znajduja sie liczne  grobowce panujacych w ciagu 150 lat w Hue wladcow. Kazdy z nich jeszcze za zycia zaczynal budowe grobowca, niczym faraon w Egipcie, czesto byly to budowle tak sporych rozmiarow, ze zajmowala taka budowa nawet kilkanascie lat. Wiekszosc z nich zostala umiejscowiona wzdluz biegu rzeki perfumowej, ktora wlasnie przez dawna stolice Witnamu przbiega. JEdna z wiekszych atrakcji miasta jest wlasnie splywa lodzia po tej rzece i odwiedzanie gorbowcow. JA jednak powiedzialem dosc zorganizowanym tour'om i dlatego wolalem wybrac opcje ze skuterkiem. Prz okazji zostalem zaproszony przez symaptyczna wietnamska rodzine na herbate i obiad do ich domostwa - totalnie beziteresowanie, co po raz kolejny przeczy stereotypom jakoby to Wietnamczycy byli narodem oszustow, chcacych z bialych wyciagnac jak najwiecej pieniedzy.
 Po zwiedzaniu mialem nocny autobus do Ninh Binh - przybylem na miejsce o 5 rano, znalazlem hotel i czekal mnie naprawde rewelacyjny dzien. Ale o tym pozniej;)