W Wietnamie za wypas bydla odpowieadaja dzieci, czesto 3-4 letnie - jak widac mozna przy tym tez ujezdzac bawolu;)
tubylcy potrafia idealnie kadrowac zdjecia;)
kobiety z ludu czerwoncyh H'mongow - znowu dziergaja!!
Flower Hmong's
nie mam pojecia czy oni to jedza, ale nie zdziwilbym sie...;)
Ostatnie dwa dni spedzilem w gorach przed powrotem do Hanoi, gdzie dzis przylatuja Cyprian z Marta i mamy nasza podroz kontynouwac juz wspolnie. Mysle ze dotra padnieci, bo ich podroz z Polski trawc bedzie prawie 1,5 dnia, ale mysle ze zbiora jeszcze sily na wieczorny spacerek po starowce miasta:)
A wracajac do ostatnich dni - w sobote zrobilem jeszcze jeden trekking po okolicy Sapy, tym razem do miejscowosci Tha Pinh zamieszkalej przez czerwoncyh H'mongow, ktorych stroj rozni sie juz znacznie od stroju czarnych H'mongow. Ci pierwsi moga uzywac znacznie wiekszej ilosci kolorwo do przyozdobiania swopich ubran, kobiety natomiast nosza na glowie czerwone chusty. Ich dialekt jest tez inny niz czarnych H'mongow. ja nauczylem sie dwoch slow - "O ciau" znaczy dziekuje, a Konioo Hay - Dzien dobry:) Standardowo na samym poczatku trasy czatowaly na turystow kobiety z plemienia z oferta sprzedazy recznie robionych serwetek, chust i toreb - po mim stanowczym "NO, THANK YOU!! proponowaly zaprowadzenie do wioski - wiec w sumie nauczony doswiadczeniami dnia wczesniejszego zastosowalem sprawdzony patent - czyli zalatwilem sobie przewodnika za free. Tzn babka przeszla ze mna cala 4h trase z nadzieje ze na koniec cos jednak od niej kupie - jednak ja na poczatku zaznaczylem, ze moze ze mna isc, ale ja nie bede u niej robila "shoppingu" - jak to nazywaly;) Pokazala mi na koniec swoje rzeczy, ale naprawde srednio mi sie podobalo, wiec nic nie kupilem. NIe za bardzo rozumiem ta strategie businessowa... chyba jednak wiekszosc ludzi musi cos od nich kupowac "z litosci" skoro tak laza po tyhc gorach za turystami... A sama trasa na pewno byla latwiejsza niz piatkowa- nie trzeba bylo sie wspinac po tarasach ryzowych czy przedzierac przez las bambusowy, ale widoki tez byly rewelacyjne. Cala okolica Sapy jest dla mnie bajeczna, a pola ryzowe chyba jedna z najlepszych jakie widzialem ( no moze bardziej widowiskowe byly tez na Filipinach). Trasa konczyla sie jaskinia, ktora jednak nie byla jakas strasznie imponujaca - po prostu dobre miejsce na chwile ochlody w zimnjeszym powietrzu;)
W niedziele natomiast zebralem sie rano z hostelu i pojechalem na tradycyjny, cotygodniowy targ do miejscowosc Bac Ha, oddalonej od Sapy ok 100km, gdzie regularnie schodza sie z okolicznych wiosek p;emiona Flower H'mongow ( to juz trzecia mniejszosc, ktora tu widzialem). Ich stroje sa strasznie pstrokate, bardzo kolorwoe i pozwalaja na pelno dowolnosc w wyborze barw. targ byl fajny, poniewaz zachowany w klimacie malo turystycznego miejsca - co prawda bialych troche sie zjechalo ,ale przy wielkosci targiowiska i ilosci ludzi z plemion, totalnie przepadali oni gdzies w tlumie. A sam market podzielony byl na dzialy : ze sprzedaza zwierzat hodowlanych, miesa, ryb, tytoniu, warzyw, tradycyjnych strojow itd. Byla tez sekcja gastronomiczna. Ogolnie przyjemne miejsce, w ktorym mozna poogladac tubylcow w ich czynnosciach codziennych, nie przejmujacych sie w ogole tym, ze ktos z boku im sie przyglada lub strzela fotke.
Z Bac Ha przejechalem do Lao Cai, skad mialem 3 godziny pozniej nocny autobus do Hanoi. Wolny czas wykorzystalem na spacer po miescie w okolicy granicy wietnamsko-chinskiej. Bo wlasnie tutaj mozna przedostac sie do Chin do miejscowasci Yunnan, ktora znajduje sie tuz za "Czerwona rzeka" przeplywajaca przez miasto. Chiny byly na wyciagniecie reki, ale to melodia przyszlosci:)
Dzis troche poszwedam sie po miescie, czekajac na przyjazd wyzej wumienionej dwojki, a juz jutro ruszamy zobaczyc najslynniejsza atrakcje Wietnamu - zatoke Ha Long Bay!:)
PS - po zatoce mamy 24h przejazd autobusem do Laosu - wiec kolejny wpis pewnie za pare dni. trzeba bedzie pozegnac Wietnam - mysle, ze pozniej podsumuje pobyt tutaj w jednym z postow.
tubylcy potrafia idealnie kadrowac zdjecia;)
kobiety z ludu czerwoncyh H'mongow - znowu dziergaja!!
Flower Hmong's
nie mam pojecia czy oni to jedza, ale nie zdziwilbym sie...;)
Ostatnie dwa dni spedzilem w gorach przed powrotem do Hanoi, gdzie dzis przylatuja Cyprian z Marta i mamy nasza podroz kontynouwac juz wspolnie. Mysle ze dotra padnieci, bo ich podroz z Polski trawc bedzie prawie 1,5 dnia, ale mysle ze zbiora jeszcze sily na wieczorny spacerek po starowce miasta:)
A wracajac do ostatnich dni - w sobote zrobilem jeszcze jeden trekking po okolicy Sapy, tym razem do miejscowosci Tha Pinh zamieszkalej przez czerwoncyh H'mongow, ktorych stroj rozni sie juz znacznie od stroju czarnych H'mongow. Ci pierwsi moga uzywac znacznie wiekszej ilosci kolorwo do przyozdobiania swopich ubran, kobiety natomiast nosza na glowie czerwone chusty. Ich dialekt jest tez inny niz czarnych H'mongow. ja nauczylem sie dwoch slow - "O ciau" znaczy dziekuje, a Konioo Hay - Dzien dobry:) Standardowo na samym poczatku trasy czatowaly na turystow kobiety z plemienia z oferta sprzedazy recznie robionych serwetek, chust i toreb - po mim stanowczym "NO, THANK YOU!! proponowaly zaprowadzenie do wioski - wiec w sumie nauczony doswiadczeniami dnia wczesniejszego zastosowalem sprawdzony patent - czyli zalatwilem sobie przewodnika za free. Tzn babka przeszla ze mna cala 4h trase z nadzieje ze na koniec cos jednak od niej kupie - jednak ja na poczatku zaznaczylem, ze moze ze mna isc, ale ja nie bede u niej robila "shoppingu" - jak to nazywaly;) Pokazala mi na koniec swoje rzeczy, ale naprawde srednio mi sie podobalo, wiec nic nie kupilem. NIe za bardzo rozumiem ta strategie businessowa... chyba jednak wiekszosc ludzi musi cos od nich kupowac "z litosci" skoro tak laza po tyhc gorach za turystami... A sama trasa na pewno byla latwiejsza niz piatkowa- nie trzeba bylo sie wspinac po tarasach ryzowych czy przedzierac przez las bambusowy, ale widoki tez byly rewelacyjne. Cala okolica Sapy jest dla mnie bajeczna, a pola ryzowe chyba jedna z najlepszych jakie widzialem ( no moze bardziej widowiskowe byly tez na Filipinach). Trasa konczyla sie jaskinia, ktora jednak nie byla jakas strasznie imponujaca - po prostu dobre miejsce na chwile ochlody w zimnjeszym powietrzu;)
W niedziele natomiast zebralem sie rano z hostelu i pojechalem na tradycyjny, cotygodniowy targ do miejscowosc Bac Ha, oddalonej od Sapy ok 100km, gdzie regularnie schodza sie z okolicznych wiosek p;emiona Flower H'mongow ( to juz trzecia mniejszosc, ktora tu widzialem). Ich stroje sa strasznie pstrokate, bardzo kolorwoe i pozwalaja na pelno dowolnosc w wyborze barw. targ byl fajny, poniewaz zachowany w klimacie malo turystycznego miejsca - co prawda bialych troche sie zjechalo ,ale przy wielkosci targiowiska i ilosci ludzi z plemion, totalnie przepadali oni gdzies w tlumie. A sam market podzielony byl na dzialy : ze sprzedaza zwierzat hodowlanych, miesa, ryb, tytoniu, warzyw, tradycyjnych strojow itd. Byla tez sekcja gastronomiczna. Ogolnie przyjemne miejsce, w ktorym mozna poogladac tubylcow w ich czynnosciach codziennych, nie przejmujacych sie w ogole tym, ze ktos z boku im sie przyglada lub strzela fotke.
Z Bac Ha przejechalem do Lao Cai, skad mialem 3 godziny pozniej nocny autobus do Hanoi. Wolny czas wykorzystalem na spacer po miescie w okolicy granicy wietnamsko-chinskiej. Bo wlasnie tutaj mozna przedostac sie do Chin do miejscowasci Yunnan, ktora znajduje sie tuz za "Czerwona rzeka" przeplywajaca przez miasto. Chiny byly na wyciagniecie reki, ale to melodia przyszlosci:)
Dzis troche poszwedam sie po miescie, czekajac na przyjazd wyzej wumienionej dwojki, a juz jutro ruszamy zobaczyc najslynniejsza atrakcje Wietnamu - zatoke Ha Long Bay!:)
PS - po zatoce mamy 24h przejazd autobusem do Laosu - wiec kolejny wpis pewnie za pare dni. trzeba bedzie pozegnac Wietnam - mysle, ze pozniej podsumuje pobyt tutaj w jednym z postow.
GDZIE są nowe posty?? :P
OdpowiedzUsuńDziewczynka w pomaranczowej opasce jest moim mistrzem "r u fuckin' kiddin' me?!'
OdpowiedzUsuń