4 czerwca 2012

Zaden Sajgon, tylko krolestwo podrobek!!:D

                                                 Moj full wypas room za 10$
                                                 Pani robi mi Lychi Shake'a
                                                 Te slimaczki sobie odposcilem:p
                                           Do biegu, gotowi... START!
                                    Moj pierwszy obiadek w wietnamie -stoliczki dla przedszkolakow:p
   


      No to jestem - Ho Chi Minh City. Lot z Moskwy przebiegl spokojnie. Samo lotnisko mnie zaskoczylo na plus, bo od ostatniego mojego pobytu tam 3 lata temu dobudowali 3 terminale -juz takie wypasione, nowoczesne. Polecam D, bo ma najlepszego wajfaja;) Oczywiscie ruski musialy nakupowac wodki na strefie i imprezki robic na pokladzie, ale bylo w miare kulturalnie:p
  Po wyjsciu z lotniska standardowo oberwalem obuchem w leb, powietrze jak zupa, ktora sie do Ciebie klei. Standard-pare dni i bedzie normalka;) Udalo mi sie juz na samym poczatku zaoszczedzic 10 dolkow, bo pojechalem autobusem miejskim a nie taxa. Hostel jak zwykle sam mnie znalazl i po rozpakowaniu ruszylem ogarniac sprawy. Poobczajalem ceny wyjazdo do tuneli Cu Chi, wycieczek na Delte Mekongu i przejazdu do Mui Ne, czyli tego co mnie w najblizszych dniach czeka. Po porownaniu cen z roznych agencji, bilety zostaly zakupione, wiec moglem udac sie na spokojny spacer po okolicy, zeby lepiej poznac stolyce;) I musze przyznac, ze jak na razie same plusy i pozytywy. Miasto moge chyba porownac do Kuala Lumpur czy Singapuru, wydaje mi sie ze za pare lat, bedzie tutaj tez taki porzadek. Co prawda ilosc skuterow jest przeogromna, szczegolnie wieczorem, ale Wietnamczycy chyba z krwia dziedzicza sposob jazdy, plynny, bez zatrzymywania sie i co najwazniejsze bez wypadkow. Rzeka skuterow plynie wartkim nurem:) Oczywiscie wszedzie w miescie znalezc mozna sklepy z podrobami, wszelkiej masci a ceny sa skandalicznie niskie. Bedzie shoping!;) Z ciekawszy rzeczy to znalazlem wodke z ezem/skorpionem w srodku i pani sprzedawczyni powiedziala, ze potrafi ja tak spakowac, zeby celnnicy nie znalezli, hehe. brzmmi kuszaco. A druga rzecz-przysiadlem sobie na chwile w parku, zeby poobserwowac jak tubylcy graja w tutejsza gre - Pao, to jakby polaczenie "gry w zoske" z badmintonem ( ew. badmiongtonem;)) tzn chodzi o to, ze kulka ma lotki i sobie nie kopia. fajknie to wyglada - kupie i przywioze. No ale do rzeczy -jak sobie tak ogladalem to podklepala do mnie starsza babcie, zeby mi takie Pao sprzedac, ja nie chialem bo nie oplacalo mi sie tego 7 tyg nosic ( oczywiscie cena zeszla juz do 0,5 dolka;)) - stanelo ostatecznie na tym, ze zamiast tej zabawki chciala mi opylic swoja corke;) szuka dla niej meza - wiec mamy ustawke na jutro, hehe. Nie no joke, dziwna akcja, ale podobno mamuski tak tu handluja coreczkami:p
  Jutro smigam do tuneli i na reszte objazdu po Sajgonie, a wieczorem ide do kina na Sniezke - a co, jak szalec to szalec. Tam jest przynajmniej klimaaaaaaaa:D Lece bo mi powieki ciaza strasznie. Ciao!

2 komentarze:

  1. Kasia i Staszek4 czerwca 2012 18:03

    Hej! Już się o Ciebie martwiliśmy, że na blogu cisza, nie dajesz znaku życia.
    Miłej zabawy. Zazdrościmy Ci bardzo... :/

    OdpowiedzUsuń
  2. Przypominam: kup majtki! :)

    OdpowiedzUsuń